Ostatnie wydarzenia w USA niewątpliwe potrząsnęły światową opinią publiczną. Szturm na Kapitol był szokiem, podobnie jak wstrząsem były zamieszki na tle rasowym, które przewinęły się przez amerykańskie miasta. Wydarzenia te są wynikiem olbrzymich przemian ideologiczno-społecznych oraz gospodarczych dziejących się w granicach Stanów Zjednoczonych Ameryki, co jest oczywistym truizmem.
Nie ma miejsca w niniejszym tekście na szczegółową analizę społeczno-ekonomiczną USA. Jednakże, podając za Song Hongbingiem (Hongbing, Wojna o pieniądz, tom 4, 2018, str. 238-282,) w lipcu 2013 roku amerykańska sieć medialna CBS poinformowała, że blisko 80 procent dorosłych Amerykanów zbliża się do granicy ubóstwa. Roczny przychód na głowę dorosłego Amerykanina wynosi około 13 tys. dolarów (od przychodu muszą być odprowadzone podatki) co jest postrzegane właśnie za granicę nędzy. Dwanaście procent amerykańskiego społeczeństwa (porównywalna liczba do liczby ludności Polski) wedle szacunków żyje poniżej tej granicy (Bieda w państwie miliardera: o ubóstwie w USA /Dr Jan Misiuna)
Oczywiście jest to tylko statystyka, a rozmiary biedy będą się zmieniać jeśli zastosujemy np. kryterium rasowe, gdzie dajmy na to 8 procent ludności białej i 20 procent ludności czarnoskórej żyje poniżej progu ubóstwa.
Jednym z powodów pauperyzacji społeczeństwa jest odpływ dobrze opłacanych miejsc pracy za granicę, co możemy wiązać ze zjawiskiem szeroko rozumianej globalizacji. Jeżeli po roku 2009 roku amerykańska gospodarka odnotowała spadek stopy bezrobocia to dlatego, iż 60 procent z wytworzonych 5,8 mln miejsc pracy było stanowiskami pracy niskopłatnej (czyli takiej, gdzie uśredniony roczny dochód wynosił około 19 tys. dolarów). Dziewięćdziesiąt procent amerykańskiego społeczeństwa (około 250 mln ludzi) zalicza się do klasy średniej i niższej. Roczny poziom przychodu przeciętnej czteroosobowej rodziny to 50 tys. dolarów, co odliczywszy podatki, kredyty i wydatki konieczne, nie pozostawia miejsca na żadne nadwyżki. Realny dochód 90 procent amerykańskiego społeczeństwa od 1970 roku w zasadzie spadł o 1 procent, uwzględniając inflację.
Tymczasem najbogatszy 1 procent Amerykanów ma łączną wartość netto 34,2 biliona dolarów, a najbiedniejsze 50 procent społeczeństwa, czyli około 165 milionów ludzi, posiada zaledwie 2,08 biliona dolarów. Song Hongbing idzie dalej w swoich rozważaniach i podaje, że w 2013 roku 400 najbogatszych Amerykanów posiadało więcej bogactwa niż łączna wartość własności 150 mln ludzi klasy średniej i niższej ! (Hongbing, str. 268). Zgodnie z założeniem, iż 10 procent danego społeczeństwa posiada ponad 50 procent łącznego dochodu państwa, tym samym zostaje zachwiany punkt równowagi i jest to prologiem do kolejnego wielkiego kryzysu gospodarczego i napięć społecznych.

Należy pamiętać także o rzeczy oczywistej, iż to biedniejsi przedstawiciele amerykańskiego społeczeństwa służą w armii, która walczy we wszystkich zakątkach globu bijąc się za interesy imperium. Interesy imperium są określane przez oligarchię biurokratyczną oraz oligarchię finansową. Te dwie siły nawzajem się przenikają, to znaczy, że przedstawiciele biznesu zajmują eksponowane stanowiska w biurokracji państwowej, a członkowie klanów piastujących od pokoleń eksponowane stanowiska państwowe wchodzą do rad nadzorczych wielkich koncernów (vide, skład rządu USA z 2019: 17 milionerów, dwóch multimilionerów i miliarderka Elisabeth „Betsy” DeVos).
Jest to oczywisty mechanizm każdego imperium tudzież państwa i nie ma co wylewać hektolitrów atramentu na krytykę tego zjawiska. Problemem jest tylko to, czy takowa polityka służy większości społeczeństwa i jeśli nawet arystokracja czerpie z niej największe korzyści, to czy rozwój gospodarczy w satysfakcjonujący sposób zaspokaja potrzeby i ambicje warstw niższych, które zawsze ponoszą największy ciężar imperialnej polityki państwa. Albowiem istnieniu imperium zawsze towarzyszy to samo zjawisko, że arystokracja albo nie płaci podatków, albo płaci ich niewiele, przerzucając koszt utrzymania państwa na biedniejszych.
Arystokracja musi, a raczej powinna sama się ograniczać, ponieważ gdy zapomni o swoich obowiązkach akcentując jedynie swoje przywileje, przechodzi automatycznie w stan kastowości, co zawsze pociąga za sobą słuszne niepokoje społeczne, czego przykładem jest choćby rewolucja francuska (co opisałem w artykule: Kiedy szlachta i podatki stają się ciężarem).
Wyjątek stanowiło imperium brytyjskie, gdzie płacone przez arystokrację podatki oraz zasoby kolonii pozwalały utrzymać warstwy niższe i najbiedniejsze w relatywnie znośnej egzystencji, co wykluczało masowe protesty społeczne.

Elekcja Donalda Trumpa, moim zdaniem, była buntem biedniejącej amerykańskiej klasy średniej, utrzymującej imperium amerykańskie i ginącej na różnych frontach w interesie tegoż imperium. Mieszkańcy środkowych stanów (gdzie jest największy odsetek białych protestantów), zwanych pogardliwie przez intelektualistów z Nowego Jorku redneckami, nagle poczuli się oszukani przez imperium, na które łożą, a które przestało spełniać ich oczekiwania względem poziomu życia. Wspomniana globalizacja i niezakłócone łańcuchy przepływów strategicznych utrzymywane były potęgą amerykańskiego oręża. Jednakże zjawisko globalizacji od kilku dekad daje profity arystokratom imperium kosztem ludu. Kryzys w 2008 roku był ostrzeżeniem, co do nierównomiernego podziału dóbr i ciężarów w społeczeństwie amerykańskim. Oligarchia finansowa z Wall Street pokazała swą siłę i uniknęła jakiejkolwiek odpowiedzialności za drenaż reszty społeczeństwa. Buńczuczne zapowiedzi krygującego się na trybuna ludowego Baracka Obamy, iż ukróci niemoralne praktyki bankierskie spełzły na niczym, podobnie jak osławiony Obamacare, który na skutek nacisków różnorodnych grup interesu stał się kolejnym ukrytym podatkiem dla gorzej uposażonych. A dodajmy, że potęga finansowa Wall Street zasadza się na amerykańskim żołnierzu i marynarzu (statystycznie rzecz biorąc rednecku), pilnującym, żeby utrzymywać światowy prymat dolara. Jeśli ów prymat był zagrożony wówczas imperium wysyłało owego żołnierza do Iraku, aby nikt, jak choćby Saddam Husajn, nie pomyślał ponownie o transakcjach sprzedaży ropy bez amerykańskiego dolara. Problem polega na tym, że 90 procentom Amerykanów płacących na siły zbrojne i ginących w interesie elity imperium (w tym i bankierów z Wall Street), co raz mniej zaczyna się to opłacać.
Uważam, że słusznie zauważył Song Hongbing, iż czymś najbardziej szkodliwym dla państwa jest chciwość bogatej mniejszości niszczącej szczęście biednej większości :
Upadek imperium rozpoczyna się od skostnienia mobilności klas społecznych. Szansa awansu klasowego jest źródłem energii, związana z nią nadzieja wyzwala ludzką inwencję, kiedy więc takich szans nie ma, kiedy zostają utracone, gdy własność przestaje płynąc w kierunku klas średniej i niższej, oznacza to, że imperium w swoim życiu doszło do punktu zwrotnego. Po przejściu przez ten punkt rozpoczyna się okres schyłkowy […].
Wojna o pieniądz, tom 4, str. 283.
Powyższe stwierdzenia są naturalnie dużym uproszczenie sprawy. Do napięć społecznych w USA należy dodać napięcia kulturowe, które prawa strona z lubością nazywa pochodem neomarksizmu, a moim zdaniem jest to zjawisko choroby mieszanki cywilizacyjnej toczącej USA oraz krzepnięcia elementów cywilizacji bizantyjskiej, charakteryzującej się rozdmuchaną biurokracją. Zjawisko to opisałem we wcześniejszym tekście (Rozważania o demokracji-Bizancjum po amerykańsku), więc pozwolę sobie wspomnieć tylko o biurokracji, która staje się ciężarem dla zdrowych stosunków społecznych w USA.
Oligarchia biurokratyczna, co prawda podkreśla wolność i swobodę jednostki, lecz kolejnymi przepisami skutecznie ją ogranicza, w myśl starej jakobińskiej zasady, nie ma wolności dla wrogów wolności. Następuje monizm prawny, czyli deprecjacja prawa prywatnego kosztem prawa publicznego i zwiększenia ingerencji państwa w życie prywatne obywateli.

Bizantynizm w wydaniu amerykańskim (podobnie jak w UE) będzie dążył do przekształcenia się w pewien twór ideologiczno-społeczny, którymi wedle polskiej szkoły socjocybernetyki możemy nazwać tzw. pseudosakralną cywilizacją tolerancką opartą na dialogokracji. Cywilizacje sakralne to takie byty społeczne, gdzie przepisy religijne regulują każdy aspekt życia. Oczywiście amerykańscy liberałowie nie znoszą słowa religia, ale z religijnym fanatyzmem propagują tzw. wartości, które bliżej niezdefiniowane, mają być wyznacznikiem moralnym dla nowego człowieka, jakiego stworzenie im się marzy. Zdefiniowanie tychże wartości możemy zamknąć zdaniem: zabrania się czegokolwiek zabraniać w imię wolności, co swymi korzeniami sięga rewolucji francuskiej i towarzyszącej jej ideologii wolnomularsko-liberalnej. Ale jak w bolszewizmie czerpiącym garściami z rewolucji francuskiej nie było wolności dla wrogów postępu, także wśród liberalnych elit nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji. Aby tychże wrogów zniszczyć intelektualnie promuje się dialogokrację, która nie ma nic wspólnego z dialogiem i wspólnym kompromisem. Dialogokracja ma rozbroić intelektualnie i moralnie niewiernych oponentów. Nowa świecka religia będzie karać innowierców w myśl tzw. mowy nienawiści, która jest najlepszym miernikiem poziomu apostazji od aktualnie przyjętych wierzeń usankcjonowanych przez liberalne elity. Owe wartości liberalne, ten specyficzny wojujący ateizm, stały się już nową religią podpartą prawdami wiary (np. dogmat o globalnym ociepleniu lub mnogości płci), która legislacją i propagandą zaczyna być szerzona wśród mieszkańców Stanów Zjednoczonych.
Reasumując, nieefektywny podział dóbr w amerykańskim społeczeństwie będzie coraz bardziej powodował niezadowolenie społeczne. Niepokoje społeczne spotęgują wojnę cywilizacyjną propagowaną przez liberałów/demokratów. Nowy model sterowania społecznego w myśl demokracji liberalnej wykluczy dobro wspólne na rzecz partykularnych interesów jednostek zwanych oszukańczo mniejszościami. A za tym parawanem pseudodemokracji realną władzę będzie sprawowała oligarchia biurokratyczna w sojuszu z oligarchią finansową, rozgrywającą resztę obywateli poprzez podziały etniczne i sztuczne podziały kulturowe. Ta nowa nobilitas zamierza dalej eksploatować i pauperyzować resztę pracującego społeczeństwa. Problem polega na tym, że dużą część Amerykanów (być może ok. 70 mln obywateli głosujących na Trumpa), gdzie zachował się mniej lub bardziej okaleczony gen łaciński (przekładający się na altruizm publiczny vide cnoty obywatelskie i personalizm) przeciwstawi się temu. Jeszcze większy problem polega na tym, że jest to w dużej mierze społeczeństwo wierzące, co może dodać im dodatkowej siły w walce z wojującym ateizmem. Największy problem zasadza się na tym, że ci obywatele amerykańscy posiadają broń palną…
