Kiedy szlachta i podatki stają się ciężarem

W ostatnim tekście stwierdziłem, że obecny bunt tzw. żółtych kamizelek we Francji posiada podobne przyczyny niezadowolenia mas społecznych jak w 1789 roku. Poniższy artykuł ma za zadanie choć odrobinę ukazać patologię podatkowo-biurokratyczną francuskiego społeczeństwa epoki tzw. Starego Porządku. Czytelnik sam oceni, w jakim stopniu można przyrównać ją do czasów V Republiki.

 

Pomijając tło intelektualne epoki i wyraźne polityczne osłabienie  Królestwa Francji na arenie międzynarodowej, szczególnie w II połowie XVIII wieku, paliwem Wielkiej Rewolucji było upośledzenie podatkowe chłopstwa, tudzież rosnącej w siłę burżuazji.  Ogólna sytuacja Francji nie była wówczas zła. Pomimo kilku przegranych wojen Królestwo Francji należało w XVIII stuleciu do czołówki europejskich potęg. Korona Św. Ludwika miała około 26-28 mln mieszkańców (dla porównania Rosja w tym okresie miała tylko 40 mln) i produkowało 125 tys. ton surówki żelaza, czym prześcigała Anglię, która to przecież zapoczątkowała rewolucję industrialną na kontynencie europejskim. Szlachta francuska liczyła wedle różnych szacunków 120 000 – 400 000 dusz. Powyższe rozbieżności nie powinny dziwić, ponieważ szlachta dzieliła się na tzw. szlachtę miecza (wywodzącą się z rycerstwa) i szlachtę togi, której członkowie mieli sprawować odpowiednio wysokie urzędy. Do tejże grupy zaliczali się także świeżo upieczeni parweniusze ze stanu trzeciego, dla których szlachectwo było nagrodą za pełniony wysoki urząd państwowy. A, że urzędów w biurokratycznej monarchii przybywało (podobno w latach 1693-1709 przybyło ich 40 tys.), szeregi owej specyficznej szlachty biurokratycznej powiększały się także. Budziło to oczywiście dezaprobatę przedstawicieli starych rodów (np. Noailles), którzy często podpisywali się tylko swoim nazwiskiem, nie dodając żadnego tytułu, aby unaocznić  pogardę wobec uszlachconego gminu. Tymczasem stan trzeci, ze swoją najsilniejszą warstwą – burżuazją kupiecką, rósł w siłę, tucząc się na handlu, także w 1788 roku Bordeaux mogło pochwalić się większymi obrotami handlowymi niż Liverpool. Burżuazja korzystała na dobrej koniunkturze w XVIII wieku, gdy obroty handlowe państwa w ciągu stulecia wzrosły pięciokrotnie. Oczywiście w skład burżuazji wchodzili nie tylko przedsiębiorcy i kupcy, ale także urzędnicy i rzemieślnicy, a sama burżuazja liczyła około 2 mln przedstawicieli. Kościół francuski z kolei posiadał około 10 % ziemi uprawnej we Francji i liczył 70 000 duchownych oraz 60 000 członków zakonów męskich i żeńskich. Na sutych apanażach z płaconych dziesięcin, korzystali jedynie biskupi (biskupami mogli być tylko arystokraci), członkowie kapituł i opaci komendatariusze, podczas gdy niziny francuskiego kleru (lokalni proboszcze i wikariusze) musieli czynić posługę w trudnych warunkach materialnych.  Resztę Francuzów stanowili chłopi (nie licząc włóczęgów oraz biedoty miast i wsi),  którzy obciążeni podatkami wraz z mieszczaństwem utrzymywali królestwo.

Opisując dolę francuskiego chłopstwa należy zacząć nieco przewrotnie. Chłop francuski w osiemnastowiecznej Francji miał się nieźle, względem innych włościan na kontynencie europejskim. W przeciwieństwie np. do swego niemieckiego odpowiednika, był wolny, mógł posiadać ziemię na własność i nie odrabiał pańszczyzny. Zatem dlaczego francuski chłop (może za wyjątkiem swoich pobratymców z Wandei) poparł Rewolucję i wystąpił przeciwko Staremu Porządkowi? Ano dlatego, że na francuskim wieśniaku  (jak i na mieszczaństwie) skupiał się cały ciężar podatkowy utrzymania państwa.
Mianowicie, włościanin  w Królestwie Francji musiał płacić lokalnemu ziemianinowi za:

  • sprzedaż własnych produktów rolnych na każdym jarmarku lub targu, który znajdował się we włościach pana (lub biskupa albo kanonika)
  • chłop musiał płacić za mielenie ziarna w pańskim młynie i tłoczenie wina w pańskiej tłoczni
  • włościanin był zobowiązany do uiszczenia podatku za sprzedaż własnej ziemi lub kupno nowej, która leżała w obrębie pańskich włości
  • ponadto ziemia będąca własnością chłopa była opodatkowana czynszem i rentami gruntowymi na rzecz pana wsi (świeckiego lub duchownego)
  • dodatkowo chłop był zmuszony odprowadzać na rzecz korony podatek majątkowy, pogłówne oraz tzw. podatek dwudziestego grosza, czy podatek wolnego lenna uiszczany co 20 lat, jeśli chłop zakupił ziemię od szlachty

Patologia ówczesnego systemu podatkowego w królestwie Francji polegała na tym, że wysokość podatku majątkowego co roku ulegała zmianie, i była ustalana tajnie przez Radę Królewską. Chłop-podatnik nie miał pojęcia, ile może wynieść czekający go do zapłacenia podatek. Ogólną sumę jaką dana parafia miała zapłacić ustalano co roku i  była ona zmienna. Ciężar podatkowy rozkładał się na wszystkich chłopów, a wśród nich wybierano co roku jednego mieszkańca wsi, który zostawał poborcą. Poborca odpowiadał całym swoim mieniem za uiszczenie podatku. Obowiązek ten często doprowadzał do ruiny tych, którzy dostąpili tego wątpliwego zaszczytu. Powodował także łatwe do przewidzenia rozbicie lokalnych więzi społecznych oraz generował donosicielstwo i zawiść. Jak trafnie zauważył jeden z królewskich ministrów:

Obowiązek ten doprowadza do rozpaczy i prawie zawsze do ruiny tych, którym przypada w udziale; tak po kolei doprowadza się do nędzy wszystkie zamożniejsze rodziny we wsi.

Włościanie byli także zobowiązani do odprowadzania dziesięciny na rzecz lokalnych instytucji kościelnych, które bezwstydnie wykorzystywały swoje przywileje. Posiadamy relację z 1779 roku opisującą jak lokalni proboszczowie sprzedawali chłopom po wygórowanych cenach słomę, niezbędną do wytwarzania nawozu, jaką wcześniej otrzymali w ramach tejże dziesięciny.

Aby dopełnić marnego losu ekonomicznego francuskiego chłopa, państwo fundowało mu  obowiązek tzw. szarwarku, czyli nakazu naprawy lokalnych dróg, którego chłop miał dokonywać nieodpłatnie. Obowiązek ten był wyjątkowo rujnującym. W zapisach kancelaryjnych z tego okresu można odnaleźć opinie urzędników, iż  obciążenia przy naprawie dróg są dla chłopów tak duże, że wkrótce nie będą w stanie płacić podatku majątkowego. Warto przytoczyć historię opisaną przez Alexisa de Tocqueville w Dawnym ustroju i rewolucji:

Powiadają, że Orry, kontroler generalny, i de Trudaine, generalny dyrektor zarządu dróg i mostów, powzięli projekt, by w miejsce królewskich szarwarków wprowadzić daninę pieniężną od mieszkańców każdego kantonu na naprawę miejscowych dróg. Powód, dla którego ci dobrzy administratorzy odstąpili od swego projektu, jest pouczający; obawiali się, jak powiedziano, że po zebraniu tych kwot nie udałoby się przeszkodzić skarbowi publicznemu w obróceniu ich na własny użytek i że płatnicy byliby wkrótce obciążeni i nowym podatkiem i szarwarkami.

Fragment ten o tyle jest pouczający, gdyż pokazuje omnipotencję biurokratycznej monarchii, a raczej jej bezład administracyjny, czego dopełniała podparta biurokracją centralizacja państwa, przejawiająca się inercją działania, wydłużeniem i zmiennością podejmowanych  decyzji. Centralizacja aparatu biurokratycznego powodowała niedowład życia publicznego, niszczyła oddolną przedsiębiorczość i inicjatywę, potęgowała niepewność życia ekonomicznego warstw niższych. Zajmowała się także sprawami nieistotnymi i bardzo utrudniała życie. Pod koniec XVIII wieku dochodziło do absurdu, że zarządca przytułku dla ubogich  musiał podawać subdelegatowi kantonu nazwiska żebraków, którzy przychodzą do przytułku, a ten przesyłał je dalej wyższej instancji.  Ilość produkowanych i nikomu niepotrzebnych raportów (zmora każdej biurokracji) sprawiała, że np. plebania musiała czekać trzy lata na pozwolenie odbudowania dzwonnicy, itd. Jednakże, żeby nie było tak smutno, nawet do języka biurokracji przeniknął naturalizm, czy sentymentalizm Diderota lub Rousseau i np. w piśmie subdelegata do intendenta znajdujemy:

[..] że przy wykonywaniu swoich funkcji nieraz doznaje bólu, wielce dotkliwego dla duszy  czułej.

Osiemnastowieczna Francja pokryta była siecią urzędów niezależnych od siebie, których jurysdykcje nawzajem się wykluczały. Jedni urzędnicy powoływani byli przez króla, inni przez dawnego władcę senioralnego,  część wybierana była przez obywateli miasta, część kupowała sobie urzędy. Istnieli jeszcze gubernatorzy prowincji, dawni, często dziedziczni przedstawiciele monarchii feudalnej, bez żadnej władzy, za to z pięknie brzmiącymi tytułami. Były to zaszłości historii samej Francji, gdzie bezlik urzędów wywodził się z tradycji samorządowych lokalnych prowincji, a które monarchia absolutna sprowadziła do roli czysto fasadowej. We Francji tego okresu najważniejsza była Rada Królewska, będąca  sądem najwyższym, najwyższym organem administracyjnym, ustalającym  i rozdzielającym podatki. Słowem Rada Królewska była rządem, a prócz monarchy, najważniejszym jej organem był urząd kontrolera generalnego, posiadającego prerogatywy ministra finansów, spraw wewnętrznych, robót publicznych, handlu. Kontrolerowi generalnemu podlegali intendenci (w królestwie było ich 30), będący przeważnie szlachcicami z awansu, którym podporządkowani byli subdelegaci (ludzie wywodzący się ze stanu trzeciego) zawiadujący kantonami królestwa. Subdelegat kontrolował działania syndyków i poborców podatkowych. Delegaci i subdelegaci byli autentycznymi autorytarnymi panami swoich prowincji  i kantonów, z prawem do wtrącania do więzień lub karą śmierci dla opornych. Byli jednak na ogół dobrze przygotowani merytorycznie do swoich funkcji w przeciwieństwie np. do syndyków i poborców, których głupota i niekompetencja przeplatana analfabetyzmem była przysłowiowa. Jednakże, żadna struktura biurokratyczna nie lubi krytyki mogącej podważyć jej fundamenty istnienia. Zatem  biurokratyczny ancien regime dał urzędnikom bezkarność, ponieważ sądy w Królestwie Francji były co prawda niezależne, ale … król mógł według własnego uznania wyłączać spod ich jurysdykcji sprawy zagrażające powadze jego władzy.  A powadze władzy monarszej zagrażały ewentualne skargi na królewskich urzędników podlegających Radzie Królewskiej.  Dlatego też  Rada Królewska broniła  zajadle niekompetentnych i obdarzonych niechęcią ogółu poddanych  urzędników królewskich przed wszelką odpowiedzialnością karną, ponieważ działania tychże urzędników byłyby „nieustannie zakłócane przez procesy wynikające z ogólnej niechęci, jaką ci funkcjonariusze wzbudzają”. Skazanie urzędnika podlegającego radzie godziłoby w majestat samego króla.

Z drugiej strony należy mieć na uwadze, że Rada Królewska chciała naprawdę poprawić byt poddanych. Jednakże, brała się to tego w iście bizantyjskim stylu, gdzie aprioryzm myślenia zastępował realną ocenę sytuacji. Zamiast obniżenia najbardziej dokuczliwych podatków chłopom, rada wydawała broszurki o sztuce rolnictwa, utrzymywała szkółki drzewne, wydawała specjalne sadzonki itd. Rada Królewska zalecała stosowanie takich, a nie innych metod pracy rzemieślnikom, a specjalni generalni inspektorzy sprawdzali z ramienia intendentów, czy zalecenia te są wcielane w życie, oczywiście dla dobra ogółu. W imię dobra upraw swych włościan, władza nakazywała np. powyrywać winorośle na ziemi zdaniem rządu nieodpowiedniej ku temu.  I jeśli był okres złych zbiorów i głodu, częstokroć centralna biurokracja nakazywała  sprzedaż produktów rolnych po zaniżonych cenach.   Jeśli chłopi nie przyjeżdżali specjalnie na targ, aby sprzedać za bezcen płody rolne, karano ich za to grzywną.

Ancien regime ograniczał rozwijający się ekonomicznie  stan trzeci (głównie kupiectwo i przemysł),  chcący mieć wpływ na życie polityczne królestwa. Ów stary porządek ograniczał politycznie szlachtę, która też chciała mieć wpływ na życie polityczne królestwa. Wreszcie dusił ekonomiczne włościan, którzy formalnie wolni i mający możliwość powiększania swojego majątku, czuli się upośledzeni względem pozostałych stanów w królestwie. Zwłaszcza, że intelektualiści i filozofowie francuscy wywodzący się wszakże z narodu, kontestowali anciem regime  jako przejaw tyranii i feudalizmu, na który w wieku świateł nie było już miejsca. I znowu jak trafnie zauważył de Tocqueville:

Każdego płatnika skrzywdzonego przez niesprawiedliwy podział podatku majątkowego roznamiętniała myśl, że wszyscy ludzie powinni być równi; każdy drobny właściciel, któremu króliki sąsiada szlachcica zniszczyły zasiewy, z lubością słuchał o tym, że wszystkie bez wyjątku przywileje rozum potępia.

Dramatem francuskiej korony było to, że  w latach 60 tych i 70 tych XVIII wieku, zwalczała sojusz szlachty miecza i togi chcący  ograniczenia władzy królewskiej, zwłaszcza kosztem pogorszenia losu chłopstwa. Jednakże monarchia nie znalazła w sobie dość siły, żeby ujednolicić system podatkowy w celu przeciągnięcia ostatecznie włościan na swoją stronę i ustanowić z nich podporę monarchii. Powodów słabości dworu było kilka. Zniechęcenie kleru (zwłaszcza episkopatu) godziłoby w katolicyzm będący filarem teologii władzy królewskiej, a nierozważne zniechęcenie szlachty mogłoby grozić nową frondą, która odcisnęła swoje piętno na psychice francuskiego dworu.

Niemniej brak wyrazistych reform spowodował, że włościanie widzieli w urzędnikach królewskich bezwzględny organ władzy centralnej, nie chroniącej ich tak naprawdę  przed klerem i szlachtą. Co więcej, włościanie nie postrzegali króla jako obrońcy swych wcześniej nabytych praw (wolności i własności). Zaczęli widzieć w nim  tyrana sprzyjającego szeroko rozumianej szlachcie i duchowieństwu, które uniemożliwiały im w pełni korzystanie z własnej wolności i własności.  Było to odwrotnością sytuacji np. w Świętym Cesarstwie Narodu Niemieckiego, gdzie po reformach Marii Teresy i Józefa II chłopi wiernie stali przy swoim władcy, uważając koronę za gwaranta swojej znośnej egzystencji wbrew sprzecznym interesom szlachty.  Reformy rozpoczęte przez Ludwika XVI w latach 1787 i 1788 były już chaotyczne, spóźnione, niepełne i niepewne. Francuscy włościanie posiadający wolność osobistą i prywatną, ale nie posiadający wolności ekonomicznej, negowali uprzywilejowaną rolę szlachty i duchowieństwa. Chłopi pozbawieni sprawiedliwości podatkowej sami pozbawili się   miłości i oddania koronie, co pokazała wkrótce rewolucja. Brak reform spowodował, że ancien regime stał się hybrydą feudalizmu, zachowując jego wady pozbawiwszy się uprzednio jego zalet. Jak trafnie stwierdził nieoceniony de Tocqueville:

Przywileje szlachty i jej prawa były
uciążliwe, ale szlachta stała na straży porządku publicznego, wymierzała
sprawiedliwość, była wykonawczynią prawa, przychodziła z pomocą słabym,
kierowała wspólnymi sprawami. W miarę jak szlachta przestaje zadania wykonywać,
ciężar jej przywilejów wydaje się coraz większy i w końcu nawet jej istnienie
staje się niezrozumiałe.

I tak więc, Ludwik XVI obawiając się frondy stworzył  sobie żakierię.

Karykaturę zaczerpnął autor z zasobów internetu (domena publiczna)
Obraz wykorzystywany wyłącznie jako prawo cytatu w myśl Art. 29. Prawo cytatu Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wpisać prawidłowy adres e-mail.

keyboard_arrow_up