Po raz kolejny pochylając się na sprawą Tomasza Komendy i skazaniu go przez ówczesny sąd w oparciu o niepewny materiał dowodowy należy poruszyć inną kwestię. Mianowicie, znowu jak mi się wydaje, problemem jest teoria dowodowa wykładana obecnie na studiach prawniczych.
Pomijając milczeniem kolejne podręczniki dotyczące zasady swobodnej oceny dowodów (gdzie sąd nie jest skrępowany żadnymi formalnymi regułami dotyczącymi ustawowego wskazania jak ma oceniać dowody), wszystkie tak naprawdę swoimi korzeniami sięgają do teorii dowodów sądowych w prawie radzieckim pióra Andrieja Wyszyńskiego. Postać nietuzinkowa, Andriej Januarowicz Wyszyński, z pochodzenia polski szlachcic, był czołowym stalinowskim prokuratorem, oskarżającym w wielu procesach politycznych.
Jak sam podkreślał: sąd radziecki nie jest skrępowany żadnymi formalnymi wymogami i wymaganiami w zdobywaniu i ocenie dowodów (Kossecki, Podstawy nowoczesnej nauki porównawczej o cywilizacjach, str. 149).
Sama praktyka stalinowskiego sądownictwa opierała się na trzech filarach, w myśl najlepszej zasady cywilizacji turańskiej, gdzie prawdą określa się to, co władza zdecyduje się za prawdę uznać:
1) Do tego by skazać oskarżonego nie jest konieczne udowodnienie mu winy w stu procentach lecz wystarczy tylko jej uprawdopodobnienie […].
2) Za współdziałanie można uznać jakikolwiek związek danej osoby z popełnionym przestępstwem lub nawet tylko z przestępcą, a zatem do skazania oskarżonego nie jest nawet konieczne uprawdopodobnienie (czy tym bardziej pełne udowodnienie) popełnienia przez niego czynu przestępczego, wystarczy tylko wykazać jakikolwiek jego kontakt z przestępstwem lub z przestępcą […]
3) Przyznanie się oskarżonego do winy stanowi samodzielny, pełnowartościowy dowód (w praktyce było traktowane jako korona dowodów „.
(Kossecki, op. cit, str. 149).
I znowu, jak mi się wydaje, przynajmniej w części polskich sądów za dostateczny dowód winy oskarżonego stawia się samo podejrzenie jego związku z przestępstwem. Zasada ta jest z lubością stosowana w polskim prawie cywilnym, vide ustawa o komornikach, mogących na podstawie własnego widzi mi się zajmować majątek osób trzecich rzekomo użytkowany przez dłużnika.
Udowodnienie winy oskarżonemu ułatwia wspomniana zasada swobodnej oceny dowodów, co oczywiście nie świadczy często o złej woli sędziego, tylko jest wynikiem złego programowania/kształcenia środowisk prawniczych w III RP. Na marginesie warto wspomnieć, że zapomniany został już przedmiot wykładany w przedwojennych liceach jak propedeutyka filozofii, który uczył młodego człowieka weryfikacji podawanych mu informacji.
Kolejną bolączką polskiego sądownictwa (a może się mylę) jest uznawanie jako koronnego dowodu przyznanie się oskarżonego do winy, przed czym nawet przestrzegał sam Wyszyński. Jak niebezpieczne jest poleganie w czynnościach dochodzeniowo-śledczych na ochoczym przyznawaniu się oskarżonego do winy wspominał jeden z polskich sędziów:
„Może to zabrzmi jak herezja, ale tak to widzę na gruncie własnych sądowych doświadczeń, że nie ma niczego gorszego dla śledztwa niż podejrzany ochoczo przyznający się do winy. Prowadzący śledztwo tracą wtedy głowy. Przestają myśleć o zabezpieczeniu śladów, eksperymentach, ekspertyzach, opiniach, poszukiwaniu obiektywnych, wiarygodnych świadków. Nic tylko przesłuchują podejrzanego dziesiątki razy maglują na wszystkie strony od świtu do wieczora i kupują największe nawet brednie”.
(Kossecki, op. cit, str. 150).
Następną zmorą polskiego sądownictwa, a może bardziej prokuratury, jest podtrzymywanie oskarżeń na podstawie donosów oraz zeznań jednego świadka, wbrew rzymskiej zasadzie, że testis unus testis nullus – jeden świadek, żaden świadek. Praktyka ta stoi całkowicie w przeciwieństwie do polskiej przedwojennej zasady śledczej, gdzie donosiciel, o ile nie był ofiarą, traktowany był z największą podejrzliwością. Po raz kolejny pochylając się na sprawą Tomasza Komendy i skazaniu go przez ówczesny sąd w oparciu o niepewny materiał dowodowy należy poruszyć inną kwestię. Czy nie powinno się przywrócić funkcji sędziego śledczego (rodem z Kodeksu Napoleona) , który nie będąc stroną postępowania mógł je nadzorować w sposób bezstronny i rzeczowy.
Całości chaosu w polskim systemie prawnym (europejskim również) dodaje typowe rozmywanie przepisów oraz mnożenie ich zarówno w prawie cywilnym i karnym, istne kruczkarstwo prawnicze, skutecznie dezorganizujące życie społeczne i ekonomiczne. Widać tu wpływ sakralnej cywilizacji żydowskiej ubranej w szatę dogmatyczno-talmudyczną, czyli mnożenia komentarzy do Tory w Talmudzie, a potem komentarzy do komentarzy (np. Gemara do Miszny w Talmudzie). Oczywiście nie znaczy to, że izraelski system prawny bazuje na epistemologicznych elementach cywilizacji żydowskiej, albowiem nawiązuje on do brytyjskiego systemu prawnego, wywodzącego się z kręgu cywilizacji łacińskiej.
W każdym bądź razie zwiększenie ilości przepisów religijnych mających obejmować wszelkie aspekty życia przełożyło się na swoistą elephantiasis prawa, nazywaną również potocznie biegunką prawną. Wystarczy posłuchać kilku polskich marszałków sejmu, którzy z dumą opowiadali o tysiącach nowych ustaw przegłosowywanych przez sejm pro publico bono. Mnogość przepisów, których nikt nie jest w stanie spamiętać, tak naprawdę umożliwia bezprawie, co wiedzieli prawnicy rzymscy: perditissima respublica plurimae leges – gdy państwo nierządne bardzo dużo praw. Mnożenie przepisów zabija etykę w społeczeństwie i zaczyna rozmywać podstawowe pojęcia dobra i zła. Ciągle aktualne wydają się słowa Feliksa Konecznego:
Paragrafiarstwo nas zżera, kruczkarstwo demoralizuje, a wyłączność kazuistyki wysusza umysłowość naszą. Do ciężkich niesprawiedliwości wiodą nasze kodeksy przez to, że wszystko chcą przewidzieć, a sędziego krępują, nie dopuszczając do głosu słuszności i sumienia. W interpretacji prawa zapanowała metoda talmudyczna finezyjnego krętactwa i komentatorstwa bez granic. Prawo stało się doprawdy siecią pajęczą na drobne muchy, przez którą przebijają się jednak doskonale grube owady; najgorsze łotry rozbijają się bezkarnie „w zgodzie z ustawami”. Byle nakręcić do litery przepisu! Z tym musi się zerwać, jeżeli nie mamy utracić sam zmysł moralności.
(Koneczny, Cywilizacja żydowska, str. 457).
Albowiem (podając dalej za Konecznym) zasada interpretacji prawa polega na dokładnym rozumieniu całości przepisów, ich pobudek i celów, a nie na cząstkowym i oderwanym od całości ich stosowaniu.
Obserwując reformy aktualnego rządu chcącego naprawić niewydolny system prawny III RP, co jest bardzo chwalebne w swoim zamiarze, nasuwa się pytanie, czy wprowadzanie kolejnych ustaw, tudzież zmiany personalne (czasami niewątpliwie potrzebne) na poszczególnych szczeblach biurokracji sądowej, poprawią w sposób znaczący tą niewydolną strukturę. Czy nie powinno się zacząć od zmiany sposobu nauczania przyszłych adeptów prawa, co również musiałoby się wiązać z reformą szkolnictwa wyższego i przywróceniem przedwojennego sposobu kształcenia przyszłych elit państwowych. I o czym również należy pamiętać, czy nie powinno się ograniczyć rozbuchanej i nieefektywnej biurokracji sądowej, która sama przez się czyni z sędziów i prokuratorów biurokratów w togach, przestających tym samym być urzędnikami służby publicznej służącymi społeczeństwu.

Zdjęcia wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl Art. 29. Prawo cytatu Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
