W ostatnich tygodniach politykę wewnętrzną w Polsce, tak samo jak i opinię publiczną, podgrzewa strajk lekarzy-rezydentów. Abstrahując od oceny strajku, realności postulatów wysuwanych przez strajkujących, nasuwa się podstawowe pytanie. Czy jeśli rząd spełniłby jedno z żądań dotyczące przeznaczenia 6,8 % PKB na Służbę Zdrowia, czy poprawiłoby to jej kondycję? Albowiem, czy to nie rozrost biurokracji w każdym aspekcie życia państwowego jest przysłowiową piętą achillesową państwa?
Sprawa jest o tyle poważna, gdyż dotyczy w zasadzie każdego państwa europejskiego i USA. Spuścizną szeroko rozumianego socjalizmu, jaki zaczął rozwijać się w drugiej połowie XIX wieku, stały się oddolne żądania społeczeństw, ażeby struktury ich państw coraz więcej brały na siebie zobowiązań życia publicznego, jak bezpieczeństwo, opieka społeczna, edukacja, tudzież oczywiście służba zdrowia. Proces ten oczywiście stymulowało ostatecznie pogrzebanie modelu społeczeństwa stanowego przez rewolucję francuską oraz rewolucja przemysłowa i tworząca się z nią w parze świadoma swych celów klasa robotnicza. Nie wchodząc w szczegóły, przeszło od początku XX wieku mamy do czynienia z rozrostem służby publicznej w każdym europejskim państwie. Pamiętajmy, iż termin administracja wywodzi się z łacińskiego czasownika administrare – być pomocnym, obsługiwać. Niestety, administracja mająca pomagać i służyć w sprawnym zarządzaniu państwem, zaczęła zmieniać się w ciężką strukturę – biurokrację, który to termin wywodzi się z mieszkanki słów bureau (z francuskiego urząd) i kratos (z greckiego-władza). Ogólnie termin biurokracja ma oczywiście znaczenie pejoratywne i oznacza strukturę oderwaną od obywateli i działającą na ich szkodę.
Obecnie większość państw europejskich ma problem z utrzymaniem rozrośniętych struktur biurokratycznych. Dysponując danymi np. za rok 2011 (podaje wg Francisa Fukuyamy, Ład polityczny i polityczny regres, 2015, str. 531) widzimy, że USA ma deficyt 10,6 %, Wielka Brytania 7,7 %, Francja 5,4 %. Wynikiem deficytu tychże bogatych państw jest między innymi posiadanie rozrośniętej biurokracji, którą trzeba finansować z budżetu państwa. Skupiając się na Polsce i jej problemach, może stwierdzić jednoznacznie, że w naszym kraju od II wojny światowej istnieje tendencja do zwiększania liczby zatrudnionych urzędników. Jeśli w 1938 roku administracja II RP dysponowała 74,4 tys. etatów (podaje wg Józefa Kosseckiego, Podstawy nowoczesnej nauki porównawczej o cywilizacjach, 2002, str. 114-131), to w 1955 roku mogliśmy mówić już o biurokracji zatrudniającej 362,4 tysięcy urzędników (w 1989 był lekki spadek – 260,7 tysięcy urzędników). A ilu obecnie jest urzędników w III RP? Powyżej 700 tys. jak podają różne źródła (licząc biurokrację państwową i samorządy). Cała obecnie budżetówka w III RP liczy około 3 mln dusz. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy państwo stara się być największym organizatorem życia gospodarczego. Nota bene warto porównać liczby. II RP posiadała 74,4 tysiące urzędników (wraz z MSW). Pamiętajmy, iż można wiele zarzucić rządom sanacji w Polsce, ale administracja państwowa działała całkiem nieźle, bez telefonów komórkowych, bez internetu. Ówczesna administracja państwowa musiała radzić sobie z asymilacją mniejszości narodowych (Białorusini, Ukraińcy, Żydzi). Jeżeli dzisiejsza rozrośnięta biurokracja polska nie ma takowych problemów, to ma inne, a największą z nich jest własna niewydolność. Edukacja, wojsko, policja, wymiar sprawiedliwości, tudzież służba zdrowia opanowane są przez biurokratów w mundurach, togach i w kitlach, z których działalności nie ma tak naprawdę większego pożytku społecznego, poza tworzeniem i utrzymywaniem miejsc pracy, które działają zbawiennie na spadek bezrobocia.
Ciągle aktualne jest stwierdzenie docenta Kosseckiego z początku XXI wieku:
Możemy powiedzieć, że następuje tendencja iż rządowa administracja centralna stara się kontrolować całość życia społeczno-gospodarczego, jednak nie poprzez bezpośrednie nakazy – jak to miało miejsce w PRL – lecz raczej poprzez normy prawne i ich egzekwowanie. Głównym narzędziem biurokratycznej kontroli życia społeczno-gospodarczego są ustawy, których projekty najczęściej są przygotowywane przez biurokrację rządową, sejmową lub prezydencką. Można w związku z tym powiedzieć że dawny system nakazowo-rozdzielczy zastąpił system biurokratyczno-ustawowy, który propaganda nazywa państwem prawnym (ibidem).
Groza rozrostu biurokracji polega na dwóch rzeczach. Pierwszym jest kradzież czasu, co jest specjalnością tejże struktury. Kradzież czasu demoralizuje obywateli i niszczy rozwój społeczny. Albowiem, poprzez jak najdrobniejsze opanowanie czasu człowiek opanowuje samego siebie i wytwarza duchową siłę twórczą. Podając za Feliksem Konecznym:
Wraz z opanowaniem czasu rozwija się etyka. Rodzi się pilność w imię oszczędzania czasu, zapobiegliwość, oszczędność […], wreszcie poczucie obowiązku względem następnego pokolenia
(Koneczny, Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej, 2001, s. 82-91).
Biurokracja swym bezproduktywnym mnożeniem norm i dokumentów zmusza obywateli do jałowego wysiłku, aby im podołać w życiu codziennym i zabija kulturę czynu. Narzekamy często na postawę sędziów, policjantów i lekarzy wobec reszty społeczeństwa, przysłowiową bezduszność, trzymanie się sztywne przepisów … Dyrektor szpitala, którego jedynym celem powinno być zapewnienie jak najwyższych standardów leczenia dla pacjentów, częstokroć może być odwołany za przysłowiowe niejasności w dokumentacji na zakup określonych środków leczniczych itd. A bardzo łatwo o niejasności jeśli scentralizowana i państwowa służba zdrowia tworzy kolejne przepisy mające regulować i kontrolować jej działanie.
A drugim złem biurokracji jest to, że usprawiedliwia wszelkie swe nonsensy i ciągle się rozrasta. Rozrost biurokracji to oczywiście większa liczba zatrudnionych urzędników, którym trzeba wypłacić wynagrodzenia. Nie ma państwa na świecie, które byłoby w stanie zapłacić godziwe pobory rozrośniętej armii urzędników, co oczywiście pociąga za sobą możliwość korupcji, zawsze przekładającej się na anarchię życia państwowego, co widzieliśmy (i widzimy) na Ukrainie, gdzie łapówkarstwo było i jest na porządku dziennym. Zakładając czysto teoretycznie, jeśli lekarze rezydenci wymusiliby na rządzie podniesienie dotacji państwowej dla Służby Zdrowia to co się stanie? Stanie się to, że zostaną powołane kolejne stanowiska urzędnicze do rozdysponowania większej ilości środków.


1 komentarz. Zostaw komentarz
Ciekawy wpis, z którym się zgadzam. Tak liczne grono urzędników to również silny i czynny elektorat władzy.