Politycy rządowi mówią o wstawaniu z kolan bardzo dużo, tylko, że ich słowa nie zawsze stają się ciałem. Ostatnio, pewne niewielkie sukcesy odnieśliśmy na froncie brukselskim, ale polegliśmy za to z kretesem na froncie żydowskim. Warto się zastanowić nad przyczynami słabości polskiej dyplomacji, albo raczej, nad słabością polityczną III RP, przekładającą się na brak woli walki i oddawania ciosu za cios?
Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że państwo polskie nie ma akademii dyplomacji z prawdziwego zdarzenia, gdzie przyszłych dyplomatów uczono by języków obcych na najwyższym poziomie, tudzież szkolono z zakresu socjocybernetyki i geopolityki, bez których to dziedzin wiedzy nie można nawet myśleć o stworzeniu fachowej kadry dyplomatycznej. Obecny rząd nie rozumie tejże potrzeby, a organy z nim powiązane zaczynają powoli stosować cenzurę prewencyjną wobec uczonych i analityków, którzy swoimi opiniami nie wpisują się w optymistyczną narrację państwową. Przykładem tego niech będzie żądanie Biura Bezpieczeństwa Narodowego dotyczące usunięcia pięciu uczonych z konferencji organizowanej przez rzeszowski oddziału IPN-u. Konferencja miała dotyczyć zagadnień geopolitycznych i odbyć się z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości. Jednym z proskrybowanych uczonych został doktor Leszek Sykulski wielokrotnie wytykający mankamenty współczesnej polskiej myśli politycznej (youtube: Sykulski, BBN a wolność nauki w Polsce).
Przypominają się najlepsze czasy rządów sanacji, z którą to sanacją porównywane jest Prawo i Sprawiedliwość. A sanacja niepokornych potrafiła zamykać w Berezie Kartuskiej. Porównanie oczywiście jest na wyrost, gdyż współczesna władza nikogo jeszcze nie zamknęła, ale chciałbym żeby potrafiła prowadzić wojnę informacyjną na poziomie przedwojennych rządów pułkowników. A sanacja potrafiła to robić i akurat na tym się znała. Nie krzyczała, nie tupała, tylko robiła swoje. Najlepszym tego przykładem była konferencja zwołana w Londynie przez ambasadora Edwarda Raczyńskiego w 1934 roku, w celu zbicia zarzutów zagranicznej prasy wobec „antysemickich i faszystowskich” działań II RP, czego dobitnym przykładem miało być stworzenie Berezy Kartuskiej. Ambasador Raczyński wyjaśnił zagranicznym dziennikarzom, iż Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej ma przecież służyć do walki z antysemickim Obozem Narodowo-Radykalnym, co ucięło od razu wszelkie spekulacje. A inna sprawa, że faktycznie w Berezie oprócz działaczy ONR-u, znajdowali się OUN-owcy, KKP-owcy, paskarze oraz pospolici bandyci, z których pewien odsetek stanowili Żydzi. Ale cóż, na wojnie informacyjnej trzeba trochę się znać …
To są oczywiście detale, ponieważ prawdziwym przyczynkiem do przyjęcia serwilistycznej postawy rządu polskiego względem Izraela, jest przemożna wiara w to, że pogarszając stosunki z Izraelem pogorszymy stosunki z USA. A wszakże elity post-okrągłostołowe mają zakodowane, że USA jest największym gwarantem polskiej niepodległości, zwłaszcza wobec agresywnych działań Federacji Rosyjskiej. Nie umniejszając wagi sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, obecni polscy politycy nie widzą innej strategii, jak tylko wypełnianie wszystkich poleceń Waszyngtonu. A Waszyngton zajęty jest prowadzeniem własnej globalnej polityki i gotów jest w imię swoich doraźnych interesów poświęcić interesy swoich mniej ważnych sojuszników, czego przykładem jest osławiona ustawa nr 447. To, że polski rząd nie potrafi (bo nie rozumie zasad geopolityki) wykorzystać siły swojego położenia geograficznego na pomoście bałtycko-czarnomorskim jako punktu zaczepienia amerykańskich interesów w Eurazji, to inna sprawa. Oczywiście, całkowicie odrzucam tu wszelkie bajania o polskiej mocarstwowości, tudzież radosnych wizji Trójmorza/Międzymorza jako zwartego politycznego bloku państw pod polską egidą.
Jednakże polscy politycy mentalnie nie są w stanie wypracować wizji wystawienia rachunku USA za pozostanie z nim w sojuszu, który również dla Stanów Zjednoczonych ma znaczenie jako warunek utrzymania ich mocarstwowości w Eurazji. Albowiem, po co Waszyngton ma cokolwiek zapłacić, gdy nie jesteśmy w stanie wyartykułować ceny za nasz sojusz, albo wręcz pomyśleć o własnej, bardziej podmiotowej polityce zagranicznej. Prowadzimy za to politykę neokolonialną opartą na wierze, że naszą pokorną postawą zasłużymy na wdzięczność naszych partnerów. Zwracam uwagę na opinię, cenionego przeze mnie Jacka Bartosiaka, podkreślającego już od pewnego czasu, że amerykańscy politycy kreślą kasandryczne wizje przed polskimi elitami, strasząc powtórką z 1939 roku, jeśli nie będziemy polegać na bliskim sojuszu z USA. Sojuszu, za który powinniśmy zapłacić każdą cenę. Tymczasem, kasandryczna rzeczywistość może czekać nas, jeśli nie będzie stanowczej polskiej reakcji na ustawę 447, mogącą zrujnować gospodarczo odbudowywane z trudem państwo polskie. Polska dyplomacja nie potrafi nawet rozeznać się w grze sił i interesów samych organów władzy USA, gdzie zwyczajowo Departament Obrony analizujący sytuację międzynarodową ze stricte geopolitycznego punktu widzenia jest bardziej przyjazny Polsce niż liberalno-wolnomularski Departament Stanu.
A to psucie elit to już temat na kolejny artykuł, do którego lektury serdecznie zachęcam.

Zdjęcia wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl Art. 29. Prawo cytatu Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
